Strona:F. Antoni Ossendowski - Na skrzyżowaniu dróg.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Istotnie na korytarzu rozległ się dobitny głos „Budrysa”, jak nazywaliśmy naczelnika więzienia. Ordynamemi, obelżywemi wyrazami zasypywał dyżurnych dozorców.
— Jesteś bałwanem, ze spróchniałej brzozy wyciosanym, ty — Iwanow! A ty, Briuchow, z twoją dziobatą fracą, ty, taki...
Przezwiska, wymyślania, przekleństwa i pogróżki wylatywały z szybkością nadzwyczajną, niby z lufy kulomiotu.
Nareszcie naczelnik podszedł do okienka w drzwiach naszej celi i mruknął niezadowolonym głosem:
— Siedzą niby w salonie! Rozmówkami się bawią. To nie hotel i nie teatr, braciszkowie, to — więzienie. Pamiętać mi o tem!
Rembiński i ja chcieliśmy go odpalić dostatecznie złośliwą uwagą, lecz nie zdążyliśmy, bo do okienka zbliżył się Granowski i z uprzejmym uśmiechem cicho powiedział po polsku:
— Jakże tam zdrowie i co słychać na świecie, panie Budrewicz?
„Budrys” oczy wybałuszył, nastroszył rude wąsy i, zakląwszy na całe więzienie, odszedł, stukając ciężkiemi buciskami.
— A toś się nagadał z nim! — wołaliśmy do doktora. — Może już czas po piwo posłać na bruderszaft, co? I skąd tylko przychodzą ci takie pomysły do głowy? Budrys — Polak! Drabisko moskiewskie, przepisowe — i tyle!
— A mnie się ten drab podoba! — powtórzył Granowski, i obojętny na nasze oburzenie i docinki zaczął chodzić po celi i gwizdać jakąś piosenkę.
— Proszę mi tu nie gwizdać! — huknął nagle, podbiegając do drzwi, Budrys. — Pan — nie słowik, a to — nie złocona klatka, tylko więzienie dla wrogów „matuszki Rosji!”
Po tem przemówieniu wyrzucił ohydne rosyjskie przekleństwo.
— Dobrze ci tak, optymisto! — pomyśleliśmy, drwiąco spoglądając na towarzysza.
Doktór przestał gwizdać i patrząc w czerwone oblicze Budrysa, wciśnięte w wąski otwór okienka, łagodnym głosem odparł:
— Nie będę, panie Budrewicz, bo widzę, że polskie śpiewki wywołują w panu tęsknotę i naturalnie — wprowadzają w zły humor. Nie będę!