Strona:F. Antoni Ossendowski - Na skrzyżowaniu dróg.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.





— A mnie się ten drab podobał — z uporem powtarzał mój towarzysz więzienny — dr. Granowski.
Całe bractwo, zamknięte w jednej dużej celi, z oburzeniem zaprzeczało, wymyślając niepoprawnemu optymiście.
— Co ty widzisz w nim sympatycznego?! — skakał do oczu Granowskiemu rozjuszony Stefek Rembiński. — Drab, jakich mało, to — prawda, bo na dobre dwa metry wybujał! Lecz złośliwa kanalja, przejść nikomu nie da w spokoju!
— Jaka służba, taka polityka! — łagodnie bronił się Granowski.
— Piękna obrona! — ryczał rozgniewany Rembiński. — Dlatego, że zrobili go naczelnikiem politycznego więzienia, więc musi się czepiać człowieka, jak „rzep psiego ogona”...
— Tak się wysławiał Zagłoba! — z uśmiechem poinformował nas doktór.
— Sam wiem! — żachnął się Stefek. — Przedwczoraj nie podobało mu się, że Kazio późno w nocy skrobał swoje wiersze i nazwał takie zajęcie — idjotyzmem.
— Miał rację drab! — zaśmiał się Granowski. — Paskudne, nikomu niepotrzebne wiersze!
— Wszystko jedno, nie ma prawa tak mówić do nas, skazanych do twierdzy, bo to „Custodio honesta”, a on obraża więźniów politycznych! — unosił się Rembiński. — Wczoraj znowu krzyczy: „Za szybko panowie, chodzicie na spacerze!” Cóż to, dla tego rosyjskiego draba mamy ruszać się, jak żółwie?! Znęcanie się jasne!
— Tak! — potwierdziliśmy chorem. — Przy dawnym naczelniku było lepiej! Co prawda — karmił gorzej, lecz nie zaglądał do cel, nie robił uwag, a tego wszędzie pełno! Szpieguje nas, widocznie! O! macie — już jest!