Strona:F. Antoni Ossendowski - Huculszczyzna.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zasnutej. Szczególnie barwnie przystroiły się połoniny w kotłach pod Breskulem, gdzie pyszną okryły się roślinnością trawiastą i zielną łąki, zagospodarowane przez stację botaniczno-rolniczą. Nawet po niedostępnych skałach, gzymsach, wiszących nad przepaściami, po cypelkach na urwiskach i w szczelinach stromych ścian zielenią się, świecą barwnem kwieciem rośliny, co znikły już na połoninach, wyrwane z korzeniami przez bydło i wydeptane ostremi racicami owiec i kóz. Zwały głazów lodowcowych i duże złomy, staczające się z wyżyn, znikają pod zielonym i kwiecistym kobiercem krzaków i traw, bo i tu szalony wiatr halny zanosi ziarno rodne i sieje życie, aby nie zamarło i nie zanikło. Na dnie głębokich kotłów od martwych wieków lodowcowych przetrwały drobne jeziorka — jedne w nagich leżące nieckach, inne zwykłe bagienka, obrzeżone trzcinami, turzycą i haszczem krzaków. Zapewne znikłyby dawno, lecz poi je źródłami niewidzialnemi macierzysta pierś gór rodzimych. Koło każdego z nich uwiły sobie gniazda legendy, a już szczególniej przy jeziorku Niesamowitem, pod przełęczą turkulską. W ciemne, burzliwe noce, gdy wieją po wierchach przenikliwe dujawice, przylatuje tu djabeł, by policzyć, ile to dusz samobójców przybyło z „sukrowyszcz“, gdzie leżą ich ciała, ile dusz morderców pogrą-