Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż to za hańba! Co za ohyda! Zbliżyć się do człowieka o kolorowej skórze! Prawnuczka potężnego granda Diego Floridablanca, zwycięzcy z pod Guerta del Rei!
Silniejszy powiew wachlarza wionął na skłopotaną głowę generała.
Zerwał się od biurka i, szybkim krokiem podszedłszy do drzwi prywatnej pracowni, rozwarł je kopnięciem nogi.
Na macie siedział stary „czausz“ Nero i uśmiechał się porozumiewawczo.
— Bałwanie jeden! Nie rób takiego wiatru!
Murzyn wyszczerzył zęby i odpowiedział, patrząc w przestrzeń:
— Ekscelencja kazać robić wiatr... ekscelencja gorąco... Teraz mówić — nie robić wiatr... Nero nie robić... Nero — murzyn, murzyn słuchać... murzyn zawsze tylko słuchać... aż do śmierci... Nero nie robić wiatr!
„Czausz“ wstał i, zawiesiwszy na haczyku koniec sznura, bez szmeru wyślizgnął się z pokoju.
Generał zaklął po żołniersku.


ROZDZIAŁ VIII.

Ulicami Madrytu przeciągnął barwny, hałaśliwy pochód.
Konni „alguaziles“ w czarnych kabatach i beretach z piórami poprzedzali platformę, na której stał potworny, rudy byk papierowy, oblepiony jaskrawemi afiszami. Za wozem jechali pikadorowie w malowniczych strojach, z lancami; lekkim, tanecznym krokiem szli, wymachując czerwonemi płaszczami, kapadorowie i służba cyrkowa w czerwono-granatowych mundurach. Grały trąbki i fanfary, rozlegały się głośne okrzyki: