Strona:F. A. Ossendowski - Pod sztandarami Sobieskiego.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Daleko jeszcze... — mruknął do siebie opuszczając lufę.
I w tej samej chwili krzyknął radosnym głosem.
Jakiś człowiek wybiegł z bramy zagrody i z rozmachem cisnął pod nogi cwałującemu bachmatowi długi, ciężki kloc świerkowy.
Koń runął na ziemię, podnosząc obłok kurzu.
Kasim upadł, lecz zerwał się i odbiegłszy kilka kroków stanął pod dębem, gotowy do obrony.
Zbliżał się już do niego rotmistrz z szablą w ręku.
— Poddaj się! — zamruczał do Tatarzyna.
Ten błysnął szablą, lecz po chwili cisnął ją na ziemię.
Olko zeskoczył natychmiast ze swej szkapiny i związał ordyńcowi ręce.
Rotmistrz tymczasem ściskał starego szlachcica nadwórniańskiego, który obaliwszy konia zatrzymał zbiega.
— Nigdy wam tego nie zapomnę, panie Bidziński! — mówił, patrząc serdecznie w blade oczy staruszka. — Co u was słychać... i u Kolankowskich?
— Eh, bieda, nieszczęście! — odparł stary z westchnieniem. — Tatary, przechodząc, porąbali moc ludu... kościół spalili i domów też ze trzydzieści... Wszystkie niewiasty i chłopaków małych w jasyr wzięli i uprowadzili do Tyśmienicy, bo już ponoć zdobyli ją i podpalili...
— Jasyr tu brali?! — krzyknął rotmistrz. Czy i... Anielka Kolankowska?...
— I ona w ręce Tatarów wpadła... Nieszczęście!...