Strona:F. A. Ossendowski - Pod sztandarami Sobieskiego.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zachodem słońca z niedużym komunikiem dragońskim wpadł do Skały i natychmiast do siebie pana Jerzego wołać rozkazał.
— Bywajże, druhu miły! — witał rotmistrza zrywając mu się na spotkanie, gdy rycerz przybiegł do jego kwatery. — W dzień i w nocy troskałem się o ciebie, ba, śniłeś mi się nawet!
Długo i serdecznie się ściskali, dziwnie do siebie podobni: wysokiego wzrostu, chudzi, w barach rozrośnięci nad podziw, o twarzach surowych i oczach sokolich — bystrych i śmiałych.
Wreszcie pan Jerzy spoważniał i zameldował:
— Wieści ważne przywożę i ścisłe... Przedtem jednak pan strażnik raczy przesłuchać języka. Człek to znaczny i świadom wszystkiego, co się dzieje i dziać będzie w obozie cecorskim.
— Dawajże mi go, na rany Chrystusowe! — zakrzyknął uradowany pan strażnik wojskowy.
Gdy stawiono przed nim zupełnie struchlałego Bermata, pan Zbrożek jął go sam wypytywać, gdyż stojąc wciąż na południowych rubieżach mówił po tatarsku jak ordyniec urodzony.
Do słów Bermata, który z przerażenia nic ukrywać nie śmiał, pan Jerzy Berezowski, rozglądając supełki na swoim pasie, dorzucał liczby wojska, armat, taborów, koszów i referując to, co mu donieść polecił przebiegły kupiec Arałowicz.
— Hm... hm... — pomrukiwał pan Zbrożek — patrzcie no, już takie wojsko się zebrało bliz naszej rubieży, a u nas wciąż leniwie, opieszale idą zaciągi. Musiał nawet hetman wielki koronny Dymitr Wiśniowiecki surowo nakazać rotmistrzom łanowym piechotę oporządzić i być w pogotowiu.