Strona:F. A. Ossendowski - Pod sztandarami Sobieskiego.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i uprowadzać poczęli ku szopie widniejącej na zboczu góry.
— Dobra nasza, nadziali się bisurmanowie jak kiełbie na hak! — uśmiechając się pod wąsem mruknął do jednego z gazdów młody Hucuł o podgolonej czuprynie i błysnął chytrze szarymi oczyma.
Stary gazda kiwnął głową i odpowiedział:
— Teraz to szybciej pojedziemy, panie rotmistrzu...
— Cichaj, ty!... — ofuknął go surowo młodzian. — Hryć ja tu dla ciebie i tyle!
— Kiej mi przez gębę ten Hryć nie przechodzi — usprawiedliwiał się stary, drapiąc się w głowę.
Tymczasem dopędzili Tatarów i jęli skamłać:
— Oddajcie nasze woły! My je do Jass gonimy.
Jeden z Tatarów zdzielił batem przez kark pucołowatego pacholika i krzyknął coś po tatarsku.
Wtedy ów młodzian o podgolonej czuprynie, przekręcając mowę tatarską, jął prosić, by wydano mu pokwitowanie.
— Dajcie nam papier! — wołał z udaną rozpaczą. — My — ludzie najemni, więc co powiemy gospodarzom w górach, gdy się dowiedzą, że zabrano nam stado?!
Tatar zaśmiał się szyderczo i krzyknął chrapliwie:
— Powiedz psie, że zabrali wam woły ludzie ajmakana Bodruga!