Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nic nie szkodzi! — uśmiechnął się Pitt. — A więc będzie pan walczył o pierwszeństwo z mrs. Tornwalsen? Doskonała pływaczka i w dobrej formie.
— Pff! — sapnął Baldwin. — Wypadło mi jechać na wyścigi do Hamburga, po drodze zatrzymałem się tu na dwa dni... Jutro popłynę i jestem pewny, że ta osławiona „syrena północna“ wytchnie się na trzeciej lub czwartej mili...
— Jednak mr. Cornyle pewnym jest pana, bo przyjął dwa tęgie zakłady! — wtrącił Pitt.
— Na tęgiego też stawia championa, mr... mr... — odpowiedział Baldwin.
— Kapitan Siwir, — podpowiedział mu kapitan.
— A — a — a, to pan stawia przeciwko mnie? — prawie groźnie spytał Amerykanin, a w szparkach małych oczek błysnął gniew.
— Jeżeli pan pozwoli, mr. Baldwin — uśmiechnął się Pitt Hardful. — Lubię hazard, a będzie to prawdziwy hazard. Znakomity champion, the best swimmer of U. S. A. i nikomu dotąd nieznana lady, słaba niewiasta, wschodząca gwiazda na firmamencie sportowym...
— Ja tę gwiazdę zdmuchnę na drugiej mili! — syknął Baldwin.
— Nie zdziwiłbym się zbytnio! — zauważył kapitan obojętnie wzruszając ramionami. — Jednakże zaproponuję panu Johnowi Cornyle zwiększenie stawki o dziesięć tysięcy dolarów.
— Doskonale! — ryknął śmiechem pływak. — Mój stary lepiej się obłowi na tym wyścigu, a i ja coś-niecoś od niego wycyganię, chociaż prawdę mówiąc, jest to wyga, gorszy od najgorszego manager’a.
— Spróbuję zatem tem chętniej! — rzekł Pitt. —