Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czy pan miałby co przeciwko takiej arystokracji i wolałby, abym mówił z panem o świnopasach, pijanych karownikach lub woźnicach, pędzących żywot na furach z odpadkami wielkich miast?
Na to pytanie socjaliści odpowiedzieli niejasnem mruczeniem i wkrótce zaczęli żegnać gospodarza.
Leader, patrząc na kapitana, nie wytrzymał i zauważył złośliwie:
— Jak na zbawcę ludzkości — za piękną posiada pan siedzibę, kapitanie Pitt Hardful!
Towarzysze parsknęli śmiechem, drwiąco spoglądając na gospodarza.
— Plon własnej ciężkiej pracy na morzu i na północy, panowie! Własne to, moje, z potu, krwi i trudu mego powstałe. Chciałbym, żeby wszyscy ludzie mieli taką własność — z potu, krwi i trudu, a nie z gadania w imieniu ciemnych i omamionych hasłami wyborców, nie z kasy partyjnej, do której płacą nic nie rozzumiejący biedacy głodni i chorzy! Ale, ale! Widziałem, że panowie przybyli tu bardzo porządnemi samochodami. Chciałbym wiedzieć, czy przed obraniem do parlamentu i centralnego komitetu partji posiadali panowie samochody?
Socjaliści pośpiesznie opuścili willę Pitta Hardfula.
— Nieużytek jakiś i zacofany brutal! — zauważył leader.
— Fantasta, który pęknie jak bańka mydlana! — zawyrokował członek centralnego komitetu.
A Pitt Hardful, patrząc przez okno za odjeżdżającymi, śmiał się wesoło.
Cieszył się, że życie wielkiego miasta zdradzało przed nim swoje tajemnice.