Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Hę? — mruknął Miguel i oko zmrużył.
Podniósł głowę, aby spojrzeć, co się dzieje na szczycie spychu, przy chatce Lilit, Eddy-Prababki.
Wtedy to dojrzał tych dwoje, przytulonych do siebie.
Ostrożnie, niby się obawiając, że spłoszy ich, zdjął czapkę i patrzał, patrzał wzrokiem, łzami zamglonym.
Wreszcie potrząsnął rudą czupryną i szepnął:
— Takbym stał i patrzał przez pięć lat chyba!...
Po chwili namyślił się i dodał:
— A gdybym tak miał ciągle przy sobie — kocioł z gorącą sopa poavrada de cebolla, półmisek molleja con achico i antałek starej mansanilli, patrzałbym nie przez pięć, lecz przez dziesięć lat!... Pomyśleć tylko: fru Tornwalsen i „Biały Kapitan“!...
Wyrzucił czapkę w górę i krzyknął z nadmiaru szczęścia, a krzyk ten podobny był do radosnego kwilenia ptaka...

KONIEC.