Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


promienną, jaskrawą, a w niej Zbawiciel, stojący na grzywach fal, ręce wyciąga i woła: „Przyjdźcie do Mnie troską i tęsknicą umęczeni!“ Posłuszny głosowi Świętej Zjawy prowadzi szyper swój okręt na Jej zew, na promienne zwoje Jej płaszcza... Tam, u stóp Zbawiciela, znającego ból ludzkich dusz i serc znękanych, spotkały się nagle okręty zbłąkane...
Kobieta westchnęła i ruchem łagodnym, miłości pełnym złocistą głowę oparła o ramię mężczyzny.
— O, tak, Elzo! — szepnął z uniesieniem. — Spotkały się okręty zbłąkane, odnalazły!...
Otoczył ją ramieniem, jakgdyby przysięgę składał, że już się nigdy nie rozstaną.
Myślało tych dwoje, że nikt nie widzi ich, oprócz nieba, morza i wrzosów.
A jednak dojrzały ich oczy ludzkie.
Przybiła właśnie do brzegu mała łódka rybacka. Wyskoczył z niej rudy, piegowaty człowiek, uśmiechnęty i czemś nadmiernie uradowany.
Uwiązał linkę do słupka i mruknął:
— Jakem Juljan Miguel, wszystko nareszcie będzie, jak musiało być!
Przypomniał sobie, że posłano go dziś zrana do Bjoermu z telegramem.
Odczytał depeszę, bo przecież nato się urodził Hiszpanem, aby wszystko wiedzieć i wszystkiego spróbować.
Depesza brzmiała:

„Lady Rozalja Steward-Foldew. Sanatorjum La Belle Montagne, Szwajcarja. Przyjedziemy za dwa tygodnie po błogosławieństwo Twoje, Matko.
Elza Tornwalsen i kapitan Pitt Hardful“.