Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż powiedział? — rzucił natarczywe pytanie Eryk.
— Powiedział... powiedział... że tym postępkiem nie oczyściłeś jednak rodziny z hańby, która z twej przyczyny spadła na nią, a potem dodał jeszcze: — kto wie, czy pieniądze te pochodzą z uczciwego źródła...
— Hm... hm... — mruknął kapitan. — Pochodziły z zupełnie uczciwego źródła, bo ja nie rabowałem murzynów, tylko sam pracowałem ciężko, nie oszczędzając ani zdrowia, ani własnego życia... No, ale kogo to teraz może obchodzić?! Chciałbym jeszcze wiedzieć, czy poza najbliższą rodziną, nikt nie wie, że Eryk Stefan zwrócił poszkodowanej ciotce Izabelli Duvergne zrabowane jej pieniądze?
— Nie! Na radzie rodzinnej postanowiliśmy nie rozgłaszać tego, aby nie wywlekać powtórnie tej ciężkiej sprawy, zadającej cios naszej ambicji i honorowi, — żywo odparła pani Duvergne.
— A o mojej ambicji i o moim honorze nie pomyśleliście państwo? — z suchym śmiechem zapytał kapitan, zbliżając się do sędziwej damy.
— Uważaliśmy ciebie za zgubionego dla nas na zawsze — wyjąkała pani Izabella.
Kapitan zaczął chodzić po sali. Gdy w chwilę potem zatrzymał się, twarz jego była spokojna i obojętna, oczy bez blasku i tylko usta krzywiły się chwilami w nieuchwytnym, szyderczym uśmiechu.
— Rozumiem... — rzucił dobitnie, — mieliście rację postąpić właśnie tak... wtedy... Zresztą sam, wyrzekłem się rodziny, do której już nigdy, pani Duvergne, nie powrócę. Niech tam nikt z was żadnych obaw nie żywi! Zmieniłem nazwisko... Jestem Pitt Hardful... Tak opie-