Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


po co tu przybyliście: złoto w rękach i złoto w sercach! Wybierajcie to, albo śmierć! Nada hay mas cierto!
Zebranie zrozumiało wszystko i uznało dowody Hiszpana. Oburzenie i gniew opanowały tłumem.
— Precz ze zdrajcą! Precz z Bluehmem! Chciał sprowadzić na nas nowe nieszczęście! Śmierć zbrodniarzowi!
— En nombre de amor! — wrzasnął Hiszpan. — Co robicie?! Poco takie pogróżki? Najlepiej uczynicie, jeżeli ucapicie Bluehma za kołnierz, zaprowadzicie do rady, no i, Dios mio, opowiecie tam, poco go sprowadziliście... Cha, cha, cha! Que canalla!
Tegoż dnia do więzienia „Złotej Studni“ przybyło trzech nowych lokatorów: Henryk Bluehm i dwóch jego pomocników.
Winowajcy byli bardzo przerażeni i wyśpiewali wszystko, co wiedzieli o zamiarach związku przemysłowców, marzących o „Złotej Studni“.
O wypadkach, wstrząsających życiem „Krainy Wielkiej Odmiany“, nic nie wiedział „Biały Kapitan“.
Dwie kule przebiły mu poranione przed laty płuca, więc leżał nieprzytomny, miotał się, płonął w gorączce i walczył ze śmiercią.
Stary chirurg i dwaj młodzi lekarze nie odstępowali chorego. Pochylali się nad nim posępni i zatroskani, kiwali głowami i wzdychali.
— Natura czy Bóg — w nich jedyna nadzieja — szeptali, bezradnie patrząc na siebie.
Prócz nich jeszcze innych troje nie odchodziło od łoża kapitana.
Elza Tornwalsen — milcząca, o oczach płonących, szeroko rozwartych, twarzy bladej, którą nagle pobruździły głębokie zmarszczki rozpaczy i niepokoju; rudy