Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ci ludzie coś zamyślają... Co? Gdybym wiedział! W każdym razie czytam w ich oczach utajoną i wrogą myśl... Ech, kapitanie! Dobrze było panu rządzić na początku, kiedy osiadła tu nieduża kupa ludzi, zbiegłych od życia z jego ciężkiemi i nieznośnemi warunkami, lecz teraz tak nie można... Nie można, bo sporo z nowych kolonistów marzy o powrocie do tegoż życia z workiem złota pod pachą, aby robić dalej to, co robią ci, których oni nienawidzą, którym zazdroszczą, — słowem — naśladować bogaczy...
— Jeszcze rok, jeszcze dwa, a zmienią się, opamiętają... — rzekł Pitt.
— Boję się, że pan się pomyli — szepnął inżynier, — bo to nie tacy ludzie! Oni tu nie po opamiętanie przybyli, tylko po złoto, które dla nich nie jest środkiem, lecz celem — jedynym, wymarzonym!
— Cóżby pan zrobił na mojem miejscu? — zapytał Pitt.
— Cobym ja zrobił? — powtórzył Gérome. — Jabym pokazał im swoją siłę i przekonał, że zmuszę ich, aby się zmienili i opamiętali, nie czekając, aż oni sami zechcą dokonać na sobie tej operacji!
— Pan Gérome ma słuszność! — odezwała się Elza.
— Nie chcę stosować u nas żadnego przymusu! — odpowiedział Pitt, marszcząc czoło.
— Rozumiem pana! — zaczął mówić inżynier. — Rozumiem jego ideologję... Mógłby pan nawerbować nędzarzy, żebraków, zbiegłych więźniów, a ci, widząc w panu jedyną swoją obronę i ratunek, służyliby sprawie wiernie... Pan tego nie chciał i przywiózł ze sobą ludzi niezamożnych (chociaż mamy z sobą miljonera Gradaza i wysłańca kapitalistów — Bluehma!), lecz