Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Elza rozumiała i podzielała nastrój Pitta Hardfula. Pracowała jak zwykle, a, spotykając się z kapitanem, stawała się cichą, łagodną, jak matka kochająca i mądra, czując, że otaczają ją ciepłe, tkliwe promienie, któremi, jak światłem słońca jaśniały serce i dusza Pitta.
Nieraz brała go za rękę i szeptała:
— Oto jestem, jak przysięgłam przed laty! Przyszłam do ciebie i zapytałam o swój i nasz los. Tyś odparł, że miejsce moje — w sercu twojem... Idziemy teraz obok siebie...
Kapitan przycisnął dłoń Elzy do piersi, przepełnionej miłością i nową, nieznaną siłą, powtarzając cicho i rzewnie:
— Tak! Tak! Idziemy obok siebie... już na zawsze!...
Jednak na tym jasnym horyzoncie „Krainy Wielkiej Odmiany“ błąkały się już oddawna czarne chmurki.
Gérome zwierzał się z tem kapitanowi, Elzie i Swenowi.
Inżynier uważnie się przyjrzał wszystkim osadnikom, poznał ich dobrze przy pracy w szybie. Z trzeźwością umysłu francuskiego podzielił wszystkich na dwa rodzaje.
Jedni z kolonistów, — a tych, na szczęście, była znaczna większość, — pracowali z zapałem i zaparciem się, robili wrażenie zadowolonych, oddanych swemu przedsiębiorstwu ludzi; drudzy — mieli ponure, tajemnicze spojrzenia i, mogło się wydać, że są zaledwie czasowymi pracownikami, wyczekującymi chwili zwolnienia lub...
— Proszę dokończyć swoją myśl! — prosił kapitan.
Gérome uderzył pięścią w stół i odparł: