Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Widziałem go leżącego na skałach pod złomem granitowym... Fale okrywały go białą pianą, jak płaszczem bohatera.. a tuż czerniał, przywarłszy mu do nóg, potworny, kudłaty garbus... który napadł był Olafa z zasadzki i razem z nim z urwiska runął na rafy fjordu... Olafie Nilsen!... Olafie szlachetny i potężny jak skała!... Dlaczego, dlaczego zginąłeś, nie przemówiwszy do mego sumienia? Bracie!
W przedpokoju rozległ się cichy, nerwowy dzwonek.
Kapitan drgnął i natychmiast prysnęły wspomnienia.
Podniósł głowę i nadsłuchiwał.
Dzwonek odezwał się raz jeszcze, słabo, bojaźliwie.
— Idź, Migu i otwórz — szepnął Eryk. — Jeżeli to znów jakiś dziennikarz, powiedz mu, że wyjechałem do Południowej Ameryki.
— Już ja mu tam powiem! — mruknął rudy Juljan i z cichym śmiechem wybiegł z salonu.
Z przedpokoju doniosły się wkrótce urywki rozmowy. Kapitan ze zdziwieniem nadsłuchiwał. Wyraźnie słyszał głos Miguela i inny — należący niezawodnie do kobiety.
Po chwili Miguel powrócił i stanąwszy przy kapitanie, szepnął:
— Jakaś starsza pani prosi o widzenie się ze sztormanem... Powiada, że ma pilny interes i bardzo poufny...
— Starsza pani? — powtórzy Eryk. — Wprowadź ją tu... Cóż to znów za pilny i poufny interes?
Stanął na środku sali i czekał.
Po chwili weszła dama w ciemnej sukni i z czarnym welonem, opuszczonym na twarz.
Zatrzymała się na progu i drżącym głosem rzekła: