Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Chciałabym widzieć pana Eryka Stefana... kapitana Pitta Hardfula...
— Do usług pani... Jestem kapitan Pitt Hardful, — odparł Eryk.
— Eryku, jakżeś się zmienił do niepoznania... zmężniał, spoważniał! — wybuchnęła dama, wyciągając ku niemu ręce.
— Od wypuszczenia z więzienia minęło sporo lat, szanowna pani, — syczącym głosem rzucił kapitan. — Życie pędziłem ciężkie i niebezpieczne... chociaż nikogo nie okradałem, ani też nie hadlowałem kontrabandą lub kobietami, jak to pisały wasze dzienniki.
— Pocóż o tem wspominasz, Eryku? — zatrzepotała rękami dama. — Ja o wszystkiem zapomniałam... Nie zrobiłabym ci była nigdy przykrości, mój drogi, lecz to ta wstrętna Katarzyna udała się natychmiast do policji...
— Ciotka Iza!... — wyrwało się kapitanowi. — Przepraszam... pani Izabella Duvergne?
— Tak przyszłam powiedzieć ci, że jestem oburzona na twoją rodzinę, która żywi obawę, że zechcesz zbliżyć się do niej i nawiązać stosunki... Ja... ja gotowa jestem przyjąć ciebie, gdybyś zechciał — mówiła pani Duvergne, podnosząc welon.
— Dziękuję... pani! — syknął Eryk. — Chciałbym najpierw przeprosić panią za mój nikczemny, podły występek wtedy, gdy to wyciągnąłem z jej toalety te nieszczęśliwe pieniądze... Dotąd nie mogłem tego uczynić osobiście... Błagałem panią o przebaczenie, posyłając do niej list z więzienia...
— A jakże, a jakże! — potwierdzała stara dama. — List ten doręczono mi i natychmiast przebaczyłam ci,