Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kryte i znajdą się w wąwozach Mgoa-Moa — w okolicy, przeciętej przez złotą żyłę.
— Ma pan słuszność! — zgodził się Pitt. — Tymczasem roboty, prowadzone obecnie, mają taki charakter, jakgdyby pracujący na Tajmyrze ludzie zamierzali jak najprędzej wyczerpać najbogatsze złoża i porzucić tę miejscowość.
— Ktoby o tem myślał! — zawołał Puhacz. — Na tym terenie kilka pokoleń będzie się uczyło nowego życia — jeden dla wszystkich i wszyscy dla jednego!
Gérome słuchał uważnie i badał wyraz twarzy i ton głosu mówiących. Nie miał wątpliwości, że szczery poryw kierował dawnymi osadnikami „Złotej Studni“. To zmuszało go do otwartości i do poczynienia poważnych przestróg.
— Pęd do nagromadzenia największej ilości złota może mieć wręcz przeciwny zasadom przedsiębiorstwa wynik — zauważył inżynier. — Może on rozpętać chciwość i niezdrowe apetyty kolonistów mniej ideowych, podszepnąć plan zagarnięcia złota ze skarbca i porzucenia północy.
— Myślałem o tem nieraz... — odparł Pitt Hardful. — To też nasz skarbiec posiada tylko produkcję roczną, w tej jej części, która pozostaje własnością przedsiębiorstwa. Co rok odsyłamy złoto do bezpiecznego miejsca, skąd zostanie wycofane w odpowiednim czasie na cele ostatecznej walki o nowe formy życia...
— Niezbędna i mądra przezorność! — kiwnął głową inżynier.
Dzieląc się myślami i wrażeniami podeszli tymczasem do domu rady „Złotej Studni“, gdzie był przyrządzony dla nich posiłek.