Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Inżynier z tajemniczą miną starannie zamknął drzwi i szepnął:
— Mam bardzo ważne nowiny, kapitanie!
Pitt w milczeniu patrzał na niego.
— Od Bergenu aż do Wardo nie spuszczam z oka dwóch grup pasażerów „Roberty“ — ciągnął inżynier. — Głównemi hersztami są — w jednej — elektrotechnik Barbier, w drugiej — niejaki Henryk Bluehm. Otóż te grupy zbierają się osobno i wciąż się naradzają. Jedni i drudzy z tych drabów szeptem opowiadają sobie, że płynie w ślad za nami...
— ...statek holenderski „Haarlem“ z alkoholem i jakiemiś maszynami! — dopowiedział Pitt.
— To już kapitan wie o tem?! — zawołał zdumiony Gérome.
— Ja muszę o wszystkiem wiedzieć, bo inaczej cały mój plan runie... — wzruszając ramionami, odparł kapitan. — Zaciekawiają mnie tylko te maszyny...
— Właśnie! Dwa dni temu przez ścianę kabiny słyszałem rozmowę o tem — opowiadał inżynier. — Miałem otwarty iluminator, więc głos dochodził mnie wyraźnie. „Haarlem“, oprócz alkoholu i tabaki, wiezie... karabiny, a wszystko ma być wyładowane gdzieś na Tajmyrskim jeziorze...
— Dziwi mię tylko, że, jak pan powiada, są to różne grupy, a tymczasem ten sam statek dostarcza im jednakowego towaru? Nie rozumiem tego. Jak to objaśnić?
— Dwaj drapieżnicy łączą się często, aby zaatakować wspólnego nieprzyjaciela... — zauważył Gérome.
— Nieprzyjaciel — to ja naturalnie, a cóż to za drapieżnicy? — pytał Pitt.