Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Eryk Stefan uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
Przyszło mu nagle do głowy, że zamożne klasy wytworzyły dla siebie osobny kodeks życiowy, stosowany tylko w sferze wybrańców. Kodeks często przyjemny, broniący indywidualnej swobody, lecz chwilami cięższy i bardziej krępujący niż najsurowsze prawo karne, stosowane do tych tam obywateli drugiego i trzeciego gatunku, do tych ponurych typów wyniszczonych mężczyzn, niechlujnych kobiet, zawsze złych i wrzaskliwych.
Kodeks klasy zamożnej stawał się chwilami jednak tak bezwzględnym i nieubłaganym, że człowiek, zamierzający zrzucić z siebie jego więzy, nie mógł znaleźć współczucia i pomocy, albowiem w ten sposób mała wysepka walczyła o swój byt, zewsząd niemal zagrożony.
Na przedmieściach panowały inne obyczaje, a z nich najlepszy — praktyczna myśl i stanowczość w jej wykonaniu.
Dobrze uposażony mechanik kolejowy, lub majster z fabryki chemicznej, tracąc posadę, nie rozpaczał, nie utyskiwał długo, lecz rozglądał się dokoła i szukał nie dogodzenia swej ambicji, lecz pracy. Mechanik stawał się rolnikiem, majster chemiczny górnikiem w kopalni fosforytów lub węgla.
Tymczasem Eryk Stefan mógł grać w karty, nie rozporządzając w tym czasie dużą sumą pieniędzy, a, przegrawszy, nie pomyślał o załatwieniu sprawy metodami nie wskazanemi w kodeksie swej klasy, nie poszedł do szczęśliwego partnera, nie ułożył się z nim o sposoby spłacenia długu, nie zaczął pracować, aby zarobić pieniądze, lecz myślał jedynie o ratowaniu honoru człowieka swej klasy i nienaruszalności jej kodeksu. Wolał się zakraść do pokoju ciotki i, wiedząc, że staruszka nie