Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odważy się na śmiały krok, wyciągnąć z mahoniowej toaletki potrzebne dla ratowania honoru pieniążki.
Przypomniał sobie Eryk Stefan dziada swego, słynnego adwokata i radcę prawnego wielkiej światowej firmy, eksploatującej plantacje bawełny w Gabonie. Czcigodny ten starzec, wyrocznia dla całej rodziny i dla towarzystwa, przez całe życie łamał sobie głowę nad zwiększeniem zysków firmy i zwalczaniem konkurentów. Siwobrody Alfred Stefan wynalazł ciekawy sposób, który później był szeroko praktykowany. Do Gabonu zaczęto przesiedlać murzynów z Gwinei i Sudanu i zmuszać ich do zakładania drobnych plantacyj bawełny, a gdy te zaczynały prosperować, skuszono czarnych właścicieli pieniędzmi i za śmiesznie niską cenę skupiono wszystkie plantacje murzyńskie. Czarni ludzie nie wiedzieli, co mają zrobić z kilkoma setkami papierowych franków, chodzili po mieście, skupywali wodę kolońską, gramofony, mechaniczne zabawki dziecinne, które im usłużnie podsuwali biali kupcy aż, wydawszy pieniądze do ostatniego centyma, związali wszystko w tłomok, umieścili go na głowie i ruszyli do domu, mając przed sobą tysiąc lub dwa tysiące kilometrów pieszej drogi.
Alfred Stefan słynął jako „tęga głowa finansowa“, lecz Erykowi, który dawniej, mieszkając w domu rodzicielskim, tradycyjnie uwielbiał i szanował dziada, teraz wydało się, że nie mógłby bez zażenowania a nawet niechęci spojrzeć w surowe, jasne oczy starca.
Przed kapitanem stanęła, wynurzająca się z mgły przeszłości, potężna postać norweskiego sztormana — Olafa Nilsena. Był to wprawdzie dziki człowiek morza, lecz w sercu nosił poczucie prawdy i miłości, która żyła w nim, jak instynkt, podświadoma a władna.