Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


że z tym człowiekiem można było rozmawiać po ludzku, lecz sprzeciwiać mu się — nigdy.
Spostrzegłszy bladą, stężałą twarz Szymona Rouviera, Pitt skinął na niego. Odeszli na rufę i usiedli na zryngowanych tałach. Kapitan zapalił cygaro i przez zęby rzucił:
— Opowiadajcie, Rouvier...
— Panie kapitanie! Jak cień chodziłem za inżynierem Géromem, słuchałem, co mówił i poznałem jego myśli. Dobry to człowiek, szlachetny i wierny przyjaciel pana. Mam taką pewność, że gotów jestem przysiąc na własną głowę, kapitanie!
— Wierzę wam, gdyż i sam miałem to wrażenie — szepnął Pitt.
— Ale za to ten Hiszpan, ten Gradaz! — wybuchnął Rouvier. — To wilk wściekły! Chwalił się, że ma więcej złota, niż wszyskie banki w Hiszpanji, że rozumie siłę złota, że złoto jest tem samem, co sumienie... ale oto i sam Gradaz toczy się tu...
— Odejdźcie tymczasem, Rouvier, — mruknął Pitt i ponuro patrzał na zbliżającego się Hiszpana, który zdala wymachiwał grubemi ramionami i wołał tubalnie.
— Capitano!... Capitano!... Tylko głupcy nie mogą się porozumieć... Esuperanzo Gradaz — nie głupiec, capitano Pitt Hardful — też nie głupiec. Ten piedad de nosestras, Senor! Dwie mądre człowieki muszą się dogadać do mądra rzecz! Mil veces-si!!
Pitt kiwnął głową i wskazał na zwój lin, mruknąwszy:
— Słucham!
Sapiąc, bryzgając śliną, wybuchając śmiechem, robiąc straszne miny, Esuperanzo Gradaz długo i namięt-