Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


malności. Miał krzyż Pański i urwanie głowy! Każdy niemal z pięciu tysięcy udziałowców przed wyjazdem miał do niego pilny interes, poufną rozmowę, zapytania, prośbę o radę. Na szczęście, wyręczali go w tem poczciwy Louis Bertrand, energiczny inżynier Paweł Gérome, Juljan Miguel i Mikołaj Skalny. Kapitan zaś oddał się cały ładowaniu zaakordowanych parowców. Zapełnił rumy ich materjałami budowlanemi, sprzętem radjo-telegraficznym, dynamomaszynami, naftą, benzyną, środkami leczniczemi i ściśle obliczonym prowjantem na całą ludność przyszłej osady. Na szczęście nie potrzebował zaprzątać sobie głowy wyborem maszyn kopalnianych i do przemywania złota, bo wiedział już był od Puhacza i Bezimiennego, że posiadają pełny komplet najnowszych mechanizmów i części zapasowych. Na pokładzie „Augusty“ Pitt kazał ustawić dwa silne auta ciężarowe, specjalnie zbudowane na nierówny i zaśnieżony teren, oraz skrzynie z książkami i przyrządami dla szkoły, a ksiądz Seweryn Leduc zatroszczył się o nabycie niezbędnych przedmiotów dla zaopatrzenia Domu Bożego, w czem dopomagał mu gorliwie skromny i skupiony młody pastor ewangelicki, Lotaryńczyk, Karol Boese, biegle władający niemieckim, angielskim i duńskim językiem. Wśród nowych osadników północnych nie znalazło się ani jednego starozakonnego, ani wyznawcy Mahometa, — zadanie więc kapłanów stawało się przez to znacznie łatwiejszem.
— Nie będziemy mieli wojen religijnych w naszym kościółku, ministrze? — uśmiechał się ojciec Leduc, patrząc w zamyślone oczy pastora.
— O, nie! — odpowiedział Karol Boese. — Służyć będziemy społem Chrystusowi...