Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pójdziecie z nią do biura mego i podejmiecie pewną sumę, która pozwoli wam wywołać „uśmiech losu“ w waszym barłogu. Przyjmę was do przedsiębiorstwa „Północne Złoto“ i zadeklaruję w waszem imieniu pięćset dolarów udziału. W przeddzień wyjazdu musicie się stawić tu po rozkazy.
— Kapitanie!... kapitanie!... — szlochał Rouvier, nie ruszając się od progu i rękami przecierając sobie oczy.
— Milczcie, Rouvier! — szorstko przerwał mu Pitt. — Za przysługę, żądam od was przysługi... Będziecie płynęli razem z inżynierem Pawłem Gérome... Musicie go mieć na oku i w Bergen donieść mi, co mówił i co zamyśla. Ludzie, gotowi do samobójstwa i zbrodni, posiadają wybujały dar obserwacji i jasnowidzenia... To jeszcze nie wszystko! Musicie przysiąc mi tu w tej chwili na swoją rodzinę i na jej szczęście, że nie zawahacie się zgładzić tego, kto zdradzi sprawę mego i waszego „Północnego Złota“, chociażbyście nawet mieli podnieść rękę na mnie... Czekam, Szymonie Rouvier!
— Przysięgam na szczęście mojej rodziny, że spełnię wszystko! — ponurym głosem odezwał się blady człowiek, stojący przy progu i wpatrzony w surową twarz Pitta Hardfula.
Kapitan szybko napisał dwie kartki i, wyciągając je do Rouviera, mruknął:
— Zróbcie tak, jak mówiłem. Idźcie teraz do biura!
Nie wyrzekłszy słowa, Szymon Rouvier, stąpając na palcach i wstrzymując oddech, wyśliznął się z gabinetu. W chwili, gdy otworzył drzwi, dobiegły kapitana odgłosy ożywionej rozmowy i spierania się lokaja z kimś, kto chciał wejść do gospodarza.
— Ależ, proszę księdza! — wołał George. — Wejść