Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do pana kapitana bez uprzedzenia? — to niemożliwe! Muszę poprzednio zameldować, chociaż nie wiem, jak to zrobić? Pan kapitan miał dziś przyjąć tylko dwóch panów, a tymczasem...
George urwał, gdyż w tej chwili jakiś ochrypły, basowy głos, sypiący mieszaniną hiszpańskich i francuskich słów z szybkością i dychawiczną wściekłością kulomiotu, wtrącił się do rozmowy:
— Dios mio! Mówiła: jestem Esuperanzo Gradaz z Barcelona... En nombra del amor! Nie przyjmować Esuperanzo Gradaz? Eso es monstruoso! Nie chcieć puszczać do ten „złoty“ kapitan, do ten nowy Kortez? Que canalla! Nie przyjmować Esuperanzo! Hę? Mil veces-no, estupidos, animales! Meldować senor Gradaz z Barcelona... En seguida, perro!
Już sam głos i brutalne słowa, wyrzucane z plugawej, widać, gęby, nie spodobały się Pittowi. Zerwał się od biurka i stanął na progu poczekalni.
— Cicho... powoli, senor! — zaczął szyderczym tonem, przyglądając się natarczywemu gościowi.
Ujrzał zwał mięsa i tłuszczu, wtłoczonego w brudny, szary garnitur i rozwalonego na kanapie. Na ogromnym kadłubie widniała okrągła, krótko ostrzyżona głowa o twarzy bezczelnej, mięsistej i złych, nalanych krwią oczach, kryjących się w zwisających powiekach i w ciemnych workach oczodołów. Mokre, grube, wywinięte wargi mlaskały, wyrzucając wyzwiska i przekleństwa:
— Ahora hablaras, perro, mas que perro!
Pitt Hardful z nagłą wściekłością tupnął nogą i jął mówić dobitnie, jak zwracał się niegdyś do zdziczałych od dżynu majtków i karowników portowych.
— Halsuj jęzor, na lorę ściągnij gębę, drabie!