Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


domysł prezes sędziowskiej komisji, lecz zaledwie wypowiedział te słowa, rozległ się zdumiony okrzyk publiczność na statku i tłumu, zgromadzonego na cyplu świętej Barbary.
Elza skierowała się pod wiatr. Nie ulegało wątpliwości, że zamierza popłynąć w stronę Hendaye. Widzowie ze zdumieniem spostrzegli, że zamiast dążyć wprost na południe, Elza coraz bardziej się oddala od prostej linji i dąży ku zachodowi.
Płynęła teraz znów inaczej.
Zrzadka tylko majaczyły w pianie i w siwej, syczącej kipieli czerwony czepek i ogorzałe, złociste ramiona, pływaczka bowiem, nurkowała, przebijając olbrzymie bałwany, jak szkarłatna torpeda.
Tego już nikt pojąć i objaśnić nie mógł.
— Szalona! — wołano. — Wypływa na największe fale i coraz bardziej oddala się od prostej linji, skoro już postanowiła płynąć na południe, pod wiatr i na spotkanie sztormu! Boże! Poco ona zużywa tyle sił na nurkowanie? Przecież to nie zabawka, nie pływanie figurowe w basenie paryskiego „Lido“?!
Tak mówiono, dziwiono się i oburzano na pokładzie parowca Jacht-Clubu i w tłumie widzów na cyplu.
Tymczasem Elza Tornwalsen wiedziała dobrze, co czynić należało. Nie darmo przecież zadała sobie trud nocnego pływania aż pod środkowe molo, co chwila okrywające się teraz miotającemi się nad niem płachtami piany rozbijających się o mur bałwanów.
Wiedziała dobrze, że ocean szalejący w tem kamienistem, pełnem raf miejscu, porwałby ją i poniósł ku stojącej na jego drodze przegrodzie. Odpływała więc coraz dalej i nurkowała, aby nie tracić czasu i prze-