Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


będę myślała o kimś, kto jest dla mnie tymczasem.... a może i na zawsze niby umarłym... Pani mi opowie wszystko, wszystko o drogim sir Stewardzie-Foldew, to nieraz sprawia ulgę w cierpieniu, lady Rozaljo, niech mi pani wierzy! Ja zwierzałam się z bólu swego i swoich nadziei nieziszczonych przed starą Eddą — prababką, a pani uczyni to przede mną! Ja — głupia prostaczka norweska, taka niewyrobiona, źle wychowana, zrozumiem wszystko, o, wszystko, bo przeżyłam wszakże ciężką mękę... ciężką jak kotwica, uwiązana do nóg zmarłego na pokładzie okrętu!...
Sztywna, majestatyczna, zimna lady Steward-Foldew nic nie odrzekła, pochyliła tylko siwa głowę na ramię wychowanicy i zapłakała gorzko ciężkiemi, starczemi łzami, które, chociaż nie płyną z oczu obficie, lecz są oznaką prawdziwego, nieukojonego, prawie nigdy już nie mijającego bólu.
Istotnie dzień rocznicy śmierci męża lady Rozalji spędziły razem. Staruszka otwarła przed „dzikuską“ zbolałe serce i w toku opowiadania zapomniała tytułować jej „missis“, nazywając wprost po imieniu i mówiąc do niej — „ty“.
Przez cały dzień ze szczerem wzruszeniem i współczuciem słuchała Elza Tornwalsen smutnych dziejów zubożałej arystokratki.
Nagła zmiana losu po śmierci męża wytrąciła staruszkę z równowagi, więc coraz bardziej wpadała w nędzę, ponieważ duma nie pozwalała jej zwrócić się o pomoc do zamożnych krewnych, a „dobre wychowanie“ zmuszało ją wdrygać się na myśl o pracy zarobkowej.
— Umarłybyśmy, z pewnością, z głodu — szeptała lady Rozalja, ściskając ręce zasłuchanej Elzy, — umarły-