Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Najpierw można było z łatwością, natychmiast wykryć kilka siwych pasemek, przy czerwonem świetle zorzy odbijających się wyraźnie od ściemniałej nagle masy płowych, puszystych włosów, na słońcu nabierających barwy złocistej i ciepłej.
Tu i ówdzie na opalonej twarzy, tak spokojnej zawsze i zaprzątniętej jakąś nurtującą i niezawodnie nieradosną myślą, pogłębiały się w tym zmiennym zmierzchu zmarszczki, zdradzające ciężkie przeżycia lub dojrzały wiek kobiety, która poznała życie.
Drobne fałdeczki biegły od opuszczonych powiek ku skroniom, tworząc cienką siatkę; dwie inne, znacznie głębsze czaiły się przy ustach. Najlepszy na świecie zakład sztuki kosmetycznej nie zdołałby zatrzeć, zgładzić, lub chociażby złagodzić tych bruzd, bo wyrzeźbiła je, wydrążyła nielitościwa ręka długiego cierpienia. Kto widział te zmarszczki, ten wie, że ściekają niemi łzy gorące, że czają się w nich, jak w legowisku, skargi gorzkie.
Twarz Elzy Tornwalsen, od pierwszego rzutu oka czyniąca wrażenie młodej, pięknej i spokojnej, teraz, gdy padały na nią ostatnie, słabe już błyski zorzy wieczornej i walczyły z szaremi, mętnemi cieniami, napływającemi zewsząd, nie była młodą ani spokojną, lecz zato jeszcze bardziej piękną.
Powaga zrozumienia wielkiej męki, pogodzenia się z życiem i pełen tragizmu spokój pewności, że to, czem żyło serce, zawiodło bezpowrotnie, nadawało tej twarzy kobiecej, o rysach cienkich i regularnych, cechy niezrównanej z niczem piękności. Była to twarz męczennicy, idącej na stracenie, twarz bohaterki, której najwyższy poryw rozbił się o twardy pancerz obojętności tłumu. Oczy, szeroko otwarte, śmiałe i czyste, jak niebo,