Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bezbarwne płachty oparów. Niektóre z nich już ciemnieć zaczynały i wydłużać się w pasma. Tu i ówdzie końce tych mglistych smug wichrzyły się już i rwały na strzępy. Niebo bezbarwne i jakgdyby uśpione zwisało bezwładnie. Morze lśniło się od drobnych fal, przełamujących w sobie promienie słońca, lecz dalej za molo, odbiegającem od fortu Socoa, kapitan dojrzał płaszczyzny i plamy nieruchomej, niby tłuszczem powleczonej wody. Wiedział dobrze były sztorman „Witezia“, że z tychto gładkich zaczajonych otchłani wyrastają nagle grzywiaste bałwany i tworzą kipiel, syczącą pianą i szalejącą w wirach bezdennych.
— Tak! Przyjdzie sztorm po północy... — szepnął i, wyszedłszy na balkon, spojrzał w stronę gór.
Przedmurze Pirenejów, ciemne od lasów, było zalane słońcem i tylko daleki szczyt Pic du Midi de Bigorre „kurzył się“ lekko.
Ledwie dostrzegalna, niemal zupełnie przezroczysta mgiełka sunęła z ostrego wierchu.
— Sztorm się zerwie wnet po północy! — powtórzył Pitt Hardful. — Jutro tamci nie popłyną, bo ocean rozigra się na kilka dni. Chyba ułożą się pomiędzy sobą, że będą pływać od przylądka świętej Barbary do latarni Socoa...
Machnął ręką i mruknął:
— Zobaczymy jutro!...


Rozdział VIII.
WRZOS SKALNY.

W tym samym czasie ktoś inny, również bardzo obyty z morzem, wyczuł zbliżający się sztorm.