Strona:F. A. Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1930).djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kto to? — spytał sennym głosem, przeciągając się.
— Wstawaj, Alberti — brzmiała odpowiedź. — Mam do ciebie ważny interes.
— Nie możesz w dzień powiedzieć? Trzeba koniecznie budzić w nocy? Jestem zmęczony, amico! — mówił łamanym rosyjskim językiem Włoch, głośno ziewając. — Czy to coś bardzo nagłego?
— Bardzo! — odpowiedział przybyły. — Wstawaj i wychodź!
Po chwili Włoch, naciągając na siebie ciepłą chińską kurmę, zjawił się na progu, lecz w tejże chwili czyjeś ręce schwyciły go za gardło, zdusiły krzyk przerażenia i zakneblowały usta. Po paru minutach szamotania się grupa przybyłych niosła już związanego Włocha w stronę baraku, gdzie przez szpary w okiennicy przebijała smuga światła.
Wniesiono jeńca do pokoju i położono na pryczy. Oświetlono mu twarz lampką. Rozległ się surowy głos:
— Włochu Alberti, należałeś do Komuny Złotej Rzeki. Całą zdobycz podług naszej ustawy dzielimy pomiędzy sobą w równej części. Nikt nie dostaje więcej, nikt — mniej. Panuje tu sprawiedliwy podział, gdyż wszyscy sprawiedliwie i sumiennie pracują. Ty zaś wczoraj i dziś ukryłeś złoto w swoich trzewikach...