Strona:F. A. Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1930).djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jednak mimo znużenia wszystkie twarze były spokojne i pogodne. Nie słychać było kłótni ani ohydnych wymyślań i przekleństw. Ludzie spokojnie zasiadali do stołów i, gdy skończyli jedzenie i zabrali się do herbaty, pomiędzy szeregami stołów przechodzić zaczęli dozorcy i wykrzykiwać głośno:
— Dzisiejszy dzień dał jeden pud, trzydzieści trzy funty złota. Rozkaz dzienny na jutro pozostaje bez zmiany. Tylko przyspieszyć roboty, bo mamy mało czasu!...
Z gwarem i śmiechem rozchodził się cały tłum po koszarach na spoczynek nocny. Niewielkie grupki pozostały jeszcze przy stołach i prowadziły cichą pogawędkę, dzieląc się wrażeniami z dnia ubiegłego, lecz gdy dzwon uderzył po raz drugi, wszystko ucichło i rozpierzchło się po szopach. Zgasły migotliwe płomyki lampek olejnych; tylko z cichym szmerem miękkich chińskich trzewików sunęły pomiędzy domami straże, zbrojne w karabiny i rewolwery.
Około północy grupa ludzi zbliżyła się do jednego z baraków. Któryś z przybyłych wszedł do ciemnego budynku, zapalił lampkę i zaczął świecić nią w twarz śpiących na pryczach ludzi. Pochylił się wreszcie nad jednym z leżących i trącił go w bok. Śpiący obudził się i zaczął przecierać oczy.