Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i usnął twardym snem. Oddawna po raz pierwszy spał tak mocno i spokojnie, ufny, że „Wspaniały” czuwa nad nim.
Wtem jakieś dziwne krzyki i łopot skrzydeł obudziły chłopca.
Przetarł oczy i rozejrzał się. Wydał syk zdumienia.
Na zboczu góry, do kamieni szarych podobne, rozsiadły się perliczki.[1] Setki, a może tysiące ich zebrało się w tem odludnem miejscu.
— Cóż zwabiło je tu? — pytał siebie w duchu, starając się zrozumieć przyczynę tak licznego zbiorowiska ptactwa.
Rozglądając się na wszystkie strony, spostrzegł, że zleciały się tu nietylko perliczki, bo w szarych, zwartych gromadach dojrzał też rdzawe kuropatwy i inne ptaki.
Niektóre, jak naprzykład połyskujące wszystkiemi barwami zielono-złociste drozdy o długich ogonach i kruki o niebieskiej piersi, przebywały zazwyczaj w dżungli.
Uradowało to chłopaka, gdyż zrozumiał, że jałowa równina kończy się już gdzieś wpobliżu.

Ptactwo, prawie nie ruszając się z miejsca, dziobało coś zawzięcie.

  1. Dzikie perliczki nieraz zbierają się w ogromne stada i koczują z miejsca na miejsce.