Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


prowadzających powietrze do wnętrza budowli, tkwią patrole wojowników.
W Afryce podzwrotnikowej zagraża termitom jeszcze jeden nieprzyjaciel.
Z nim to spotkał się Y w drugim dniu marszu przez płaskowyż, obfitujący w kopce.
Oddział zatrzymał się już był na popasie. Chłopcy, znużeni wściekłym skwarem, znosili suchą trawę i gałęzie na ognisko. Większość leżała lub siedziała w milczeniu, wyczerpana i osłabiona doreszty.
Y, jak zwykle, wyruszył na wywiad. Czynił to zawsze, aby się przekonać, jaka droga oczekuje nazajutrz wędrujących chłopaków.
Szedł, trzymając łuk w pogotowiu i rozglądając się na wszystkie strony.
Słońce ostatniemi, czerwonemi promieniami oświetlało ponury krajobraz. Znikły resztki roślinności. Tu i ówdzie widniały jeszcze niewysokie krzaczki dumm’u. Coraz więcej głazów, które stoczyły się niegdyś ze szczytów gór, leżało na ziemi, okrytych narościami szarych, bezbarwnych liszajów. Wpośród nich wznosiły swoje kopulaste lub śpiczaste głowy kopce termitów.
Y zrozumiał, że oddziałek jego przekroczy jutro grzbiet górski.
Chciałby dojść do nagich szczytów dziś je-