Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chłopakom, lecz gdy stary murzyn objaśnił znaczenie tych pożytecznych urządzeń, Y zawołał błysnąwszy oczyma:
— O, mister Webbley, ja też będę takim bogaczem i dobroczyńcą!
— Ho-ho-ho! — zaśmiał się kucharz. — W gorącej wodzie jesteś kąpany, bo rwiesz z kopyta, przyjacielu!
— Jeżeli rru powiedział, że tak uczyni, to znaczy, że tak się stanie! — oburzył się Llo na widok śmiejącego się Webbley’a. — Rru nigdy nie mówi na wiatr!
— Daj wam, Boże, powodzenia! — westchnął murzyn. — Trudno wam jednak będzie wydostać się na brzeg... oj, trudno!
— Dlaczego? — spytały chłopaki.
— Dlatego, że amerykańscy urzędnicy portowi nikogo, a szczególnie czarnych ludzi nie wpuszczają do kraju bez paszportów i bez pieniędzy.
Długo tłumaczył kuk murzynkom, co to jest paszport i jakie są przepisy dla cudzoziemców, przybywających do Stanów Zjednoczonych. Posmutniał Y, lecz po chwili potrząsnął głową i rzekł:
— Nic to nie znaczy! Tak czy owak przedostaniemy się na brzeg i będziemy pracowali w Ameryce, mister Webbley!