Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/426

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
372
F. ANTONI OSSENDOWSKI


spojoną wzajemnym szacunkiem i miłością, czemś twardem, niewzruszonem jak stal, jak skała granitowa.
Nigdy nie rozmawiali ze sobą o tak nieoczekiwanie wybuchających wypadkach, burzących ich życie, jako ludzi bogatych i szanowanych w towarzystwie.
Raz tylko, podświadomie odpowiadając na myśli, które się rodziły czasami w głowach synów, Bołdyrew rzekł:
— Przewaga prawdziwego inteligenta zawiera się w tem, że w każdej sytuacji potrafi zająć odpowiednie stanowisko i zasłużyć na szacunek.
Pomyślał chwilę i dodał:
— I wiecie co? Ten szacunek jest cenniejszy i trwalszy od tego, jaki zdobywa się drogą wysokiego urzędu, urodzenia i majątku! Tam może się on rozprysnąć w jednej chwili. Tu — nigdy, bo oparty jest na zrozumieniu naszej wartości realnej!
Grzegorz Bołdyrew, zarządzając kopalniami, często wyjeżdżał z Tołkaczewa i zwiedzał dalsze wsie, skąd chłopi wysyłali swoich ludzi do szybów węgla i gliny.
Przekonał się wkrótce, że wysiłki Rady komisarzy ludowych, skierowane do rozbicia włościan i do rozkładu rodziny, w sposób niezwykle szybki dochodziły do nieoczekiwanych wyników.
Przekonał się o tem jeszcze bardziej, gdy komisarze zażądali od komuny Bołdyrewych, aby zorganizowała produkcję soli z wody mineralnej w pobliżu Starej Rusy.
Komuna wydelegowała Grzegorza.
Pewnego razu, siedząc w chacie miejscowego komisarza — chłopa, usłyszał wściekłe krzyki, tupot nóg i nawoływania głośne:
— Sąsiedzi, na pomoc! Biją nas łobuzy! Do broni!
Grzegorz wyszedł z chaty.
Chłopi, uzbrojeni w rewolwery, karabiny, przyniesione do wsi przez uciekających z frontu żołnierzy, biegli z zawziętemi twarzami i z wściekłością w oczach.
Przy ostatnich domach już wrzała bitwa. Rozlegały się strzały, rwały się dzikie okrzyki i przekleństwa, błyskały bagnety, siekiery, wznosiły się i opadały ciężkie kłonice, drągi.