Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/415

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
363
LENIN


Chciałbydo w tej chwili podzielić się myślami swemi z kimś bliskim, bardzo drogim, wyrozumiałym i brym bezmiernie.
— Matka? — pomyślał i westchnął. — Odeszła... odeszła z bolesnem zwątpieniem, czy zamyślone przez syna dzieło dobre będzie i sprawiedliwe... Konała, miotana niepokojem i trwogą. Któż inny mógłby zrozumieć mnie i bez obawy pochwalić lub zganić?
Patrzą z mroku niebieskie, sączące łagodny połysk oczy, lśnią się złote włosy, oświetlone lampą naftową, poruszają się purpurowe, namiętne wargi.
— Heleno! Heleno! — szepce dyktator i ręce wyciąga. Nagle łagodna twarz majacząca kurczy się, okrywa zmarszczkami, blednie, wykrzywia się przeraźliwie, oczy wychodzą z orbit, pełne obłędnego przerażenia, usta czernieją i rozwarte szeroko, wyją przeciągle:
— Miłosierdzia! Zabijają!... Litości!...
Lenin głowę opuszcza, oczy palcami zaciska i drży, szczęka zębami. Zrywa się po chwili, pięścią grozi i woła:
— Zniknij, zjawo przeszłości! Zniknij, zgiń na wieki!...
Po chwili jęczy i błaga kogoś, kto stoi blisko — blisko, szeleści oddechem i szepce gorąco.
Błaga Lenin żałośnie i długo:
— Odejdź!... Nie dręcz!... Przebacz!...
Otrząsa się, oczy przeciera i rzuca wzrok na kalendarz.
Odwraca kartkę.
— 30 sierpnia... — odczytuje machinalnie.
Coś zapisał sobie na ten dzień? Ach! Wielki wiec, na którym ma dać wyjaśnienia z powodu zamordowania Mikołaja Krwawego, oczyścić od zarzutów partję, rzucić cień podejrzenia na ludowców, wyszydzić i poniżyć cudzoziemskich dyplomatów i pismaków! Tak, to — jutro!
Maszyna zaczyna pracować sprawnie, całym pędem, z zaciekłością ruchu i siły.
Lenin planuje swoją mowę, spokojnie, twardo, logicznie, przekonywująco.
Skończył i położył się na kanapie, patrząc w sufit.
O niczem nie myśli.
Widzi przed sobą morze głów, pałających, bezmyślnych i ponurych oczu, ust krzyczących, ramion podniesionych...