Strona:F. A. Ossendowski - Afryka.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Anglik oddawał się sportom — jeździł konno, grał w tennisa, lecz szczególnie lubił polowania.
Unja Południowej Afryki uważana jest za prawdziwy raj dla myśliwych.
Poza górami Witwaters Rand, na równinie, przeciętej rzeką Limpopo, pasły się niezliczone stada antylop i zebr, a w zaroślach nadbrzeżnych żerowały dziki i czaiły się płowe lwy. W wąwozach górskich jękliwie zawodziły nocami płochliwe szakale i wyły, jakgdyby się śmiały, hieny.
Co sobota, po południu Stewart wyruszał na polowanie, biorąc ze sobą psa, z którym nie rozstawał się nigdy.
Pewnej niedzieli Skalski powracał od swego znajomego Boera, mieszkającego w górach, gdzie miał małą farmę i hodował rasowe kozy angorskie.
Było już późno. Księżyc przebiegł znaczną część swej drogi. Gwiazdozbiór Krzyża Południowego połyskiwał w całej swej okazałości. Gdzieś w dalekim wąwozie śmiała się urywanem szczekaniem hiena. Pokrzykiwały jakieś ptaszki, zaczajone w krzakach. Z cichym szmerem cięły powietrze rude nietoperze, cykając przenikliwemi głosami.
Uszu Skalskiego doszedł nagle stłumiony, żałosny jęk. Przystanął i nasłuchiwał. Jęk powtórzył się po chwili, jeszcze słabszy, jeszcze żałośniejszy.
— Hej! Kto tam woła? — krzyknął Skalski, lecz nikt mu nie odpowiedział.
Roman począł szukać wśród drzew, rosnących