Strona:Ernest Buława - Poezye studenta - tom I.pdf/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Przebaczą ludzie — i Pan go odwoła
Na macierzyńskie znów łono kościoła! —
Przyjmą, go bliźni znowu w grono swoje,
Z niemi używać będzie dnia światłości —
I jego oczom, niebo, gwiazdy, zdroje
I wonne kwiaty w dawnej swej piękności
Wrócone będą — i zliczy dni swoje
Cicho; a lud ten co się dziś weseli
W świętej z nim uczcie baranka podzieli.»
Umilkł, lecz nikt mu nie dal odpowiedzi
Wśród grobowego w około milczenia —
Starzec po bladych twarzach więźniów śledzi;
Lecz wyraz każdej, smutny, pomięszany —
Tylko na jednej już nie widać drżenia:
Jej wyraz niemy i przygotowany —
Tu kapłan zaczął modlitwy pobożne.
Gdy skończył wszystkich trzy kroć krzyżem żegna,
Ukląkł — i znowu śpiewa pieśni różne —
Widomym znakiem czyż trwogę rozegna?
O nie! drżą wszyscy — w srogiej niepewności
Śmierć pójdzie z życiem na szalę równości —
W tem powstał kapłan, a jeden z djakonów
Rzucił mu we twarz płócienną zasłonę
«Panie! zawołał, spojrzyj z górnych tronów
Na plemię co się garnie w twą obronę! — »
I drżącą stopą, wyciągnąwszy dłonie,
Kroczy, lecz nie wie sam ku której stronie — —
A wszyscy wzrok weń wlepili strwożeni
Jak skamienieli w posągi zmienieni —
Każdy błagając wzrok mu topi w łonie:
Ja mam rodzinę — ja siostrę — ja brata,
A po mnie matka w łzach rozpaczy [t]onie —
I błędnych oczu modlitwą błagają —
(Nie zawsze zbrodniów za kraty wtrącają!)
Czyż kapłan nie zna co westchnienia znaczą?
Nie słyszał jak go błagano z rozpaczą;
Z wyciągniętemi szedł w lewo rękoma
I tylko dusza była mu widoma,