Strona:Ernest Buława - Poezye studenta - tom I.pdf/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Pierwszy mnie młodzian z przyjaciela mianem,
Wśród drogi zawiódł i z ciernistem wianem
Zostawił w puszczy, z ocz spadły zasłony —
Znowu sam z lutnią wołam w gwiazd milony
Przebacz zemst Boże!

Znów duchów tłumy zwołuję na gody,
Znów badam ducha i goję me rany;
Kielich goryczy spełniam nad narody,
Drżąc bólem ciała, ócz duchem światlany —
Przebacz zemst Boże!

Ojczyzny mojej porzuciłem błonia,
Poszedłem w cudze kraje i ustronia,
Tam nieznajomy, od mych ojców ziemi
Oczym odwrócił — ze łzy gorącemi —
Przebacz zemst Boże!

O, za mą ziemią patrząc tam! w jej stronę,
Jam ledwo oczy nie wypatrzył moje,
Ale ziomkowie moi — o! zasłonę
Rzucam — milczenia przyodziewam zbroję!
Przebacz zemst Boże!

O! szedłem, szedłem, z czarną w duszy chmurą,
Co miała w tęczy rozwiać się powodzią;
Byłem sam tylko — sam na sam z naturą
W skał ich krawędzie tłukłem piersi łodzią!
Przebacz zemst Boże!

Coraz mnie z kwiatów życia odzierano,
I tak zostałem jak brzoza w swe rano,
Zgięta jesieni — jak łodyga kwiatu
Co wszystkie liście swe rozwiała światu —
Przebacz zemst Boże!

Wreszcie zaszedłem gdzie krzyże i groby,
Sam i ponury — z szatami żałoby,
Gadziny co krew ciepłą serca piły,
Dawno pieśni chrztem już to obmyły —
Przebacz zemst Boże!