Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

mieli najlżejszego wyobrażenia o pierwszych, elementarnych zasadach polityki, nie wiedzieli kto to ten Changarnier, nie pojmowali zgoła rozterek pomiędzy Prezydentem, a parlamentem. Było to wszystko dla nich tak obce, tak dalekie. Wzamian za jednego co nibyto zainteresował się podochocony lampką, albo dwoma, wina, reszta poprzestawała na pokiwaniu głową i słowach: »Wszystko to może być... bo ja wiem«. Nie było to ryzykowne i nie mogło skompromitować.
— Ot hołota! — klął dragon — gdy słuchacze poszli, żałując wina i śliny, co mu wyschła w gębie od gadania.
Cały ranek tak schodził. Godziny mijały. Pracowali, z przestanki krótkimi dla wypalenia fajki, lub papierosa. Potem następował spoczynek, obiad, rozmowa z łokciami opartymi o stół, lub w dni słoneczne uczta na świeżem powietrzu, gdzieś pod ścianą skalną, osłaniającą przed wiatrem, zwróconą ku południowi. Niedługo krótki dzień się kończył. Słońce zapadało za góry Ria, zamykające ławą owitą mgłami ciężkiemi horyzont od zachodu. Cień kościoła wydłużał się, zaścielał cały plac... i nagle ciemniało wszystko. Wiatr poczynał wiać ostrzejszy, drogi stwardniałe od przymrozku wieczornego tętniły pod sabotami robotników powracających z pola i kopytami osłów ciągnących wozy z obciętymi suchymi konarami drzew oliwnych. Przechodnie zatrzymywali się i pozostawiali do naprawy