Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Okna szybko otwierane uderzały o ściany, a w nich ukazywały się rozczochrane głowy gospodyń. Życie się rozpoczynało. Jak budzące się mrowisko, wieś wysyłała pracowników w pole, wozy trzeszczały i dźwięczały po bruku ulicznym, a osły szły drobnym krokiem, poganiane przez robotników, jadących obcinać suche gałęzie drzew oliwnych.
Słońce zeszło. Niebo przybrało ton szafiru ponad zębatą linią dachów, śnieżne pola Canigou zaróżowiły się od promieni. Potem rozjaśniały się doliny, w śród nieregularnej sieci kanałów, przebłyskiwały rzeki, jakby złote toczyły nurty, a łąki i pola zasiane, pokrywały się srebrnym nalotem rosy. Tak wstawał dzień.
Rzemieślnicy rozpoczynali pracę. Jep i Malhibern bili w kowadło, Ferreol tkacz przerzucał czółenko, zapach gorącego chleba wydobywał się z piekarni. Owinięty w futrzaną kapotę proboszcz Colomer szedł do kościoła, gdzie nań czekał ministrant i pobożni parafianie. Z zakasaną spódnicą i rozwichrzoną fryzurą, pani Sabardeilh zamiatała klasę, a mąż jej, stojąc przed czarną tablicą, wypisywał kredą wzory kaligraficzne. I nie były to zdania zwyczajne np.: »Bóg jest dobry«, lub: »To dziecko jest kapryśne«, albo jeszcze: »Jabłko, które je ta dziewczynka, jest niedojrzałe«. Nie. Była to jedna z sentencyj Lamennais’go, lub Armanda Carrel. Wszystko bowiem brał seryo, a najdrobniejsze ćwiczenie szkolne traktował jako akt propagandy.