Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Tymczasem poza pustelnią Saint-Jaume — ubogą kapliczką w samotnej roztoce — ukazały się pierwsze drzewa, buki, dęby, a wreszcie winnice. Wspinały się terasami po stokach, poprzecinane kanałami, które chroniły je od rozpędzonych strumieni wody, toczących się z gór po burzy. Tu i ówdzie rosły drzewa oliwne, których gałęzie czarne były od oliwek właśnie dojrzałych. Był czas zbiórki i owego ciepłego wieczora ludzie katlarscy zajęci byli około drzew. Wielkie płachty z czarnego płótna leżały na ziemi gotowe do przyjęcia owoców. Pracujący rozmawiali, krzyczeli, żarty rzucali podawane z jednej plantacyi do drugiej, a głosy ich zmieszane brzmiały w ciszy wieczornej przerywane wykrzykami dzieci, śmiechami i pogwarem kobiet, co przerwały pracę, by rozgrzać sobie ręce nad żarem piecyków z węglami, ustawionych u stóp murów, w miejscach zasłoniętych od wiatru.