Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

wić się zastawianiem sideł na ptaki, kuropatwy i drozdy, które ściągały w wielkiej ilości do jałowcu i szakłaku porastającego tu ubocze całe. Dziwił się często podczas długich siest, gdy rozleniwiony grzał się do słońca, że zgoła nie myśli o polityce. Z początku miał nadzieję, słyszał, że podjęto na nowo insurrekcyę. Z wirchu Mont Jalére, dominującego nad bezmiarem dolin russilońskich, widział w ciemne noce czerwień pożarów i słyszał lekki jakby brzęk, pogłos dzwonów bijących na alarm. Pewnej nocy, wielka łuna rozlała się kędyś nad Rivesaltes, rakiety pękały w powietrzu, były to prawdopodobnie sygnały jakieś. Ale pasterze go objaśnili. Światłość pochodziła z iluminacyi, a rakiety te, były puszczane z wielkiej uciechy. Jep również dowiedział się o aresztowaniu p. Sabardeilh i najlepszych patryotów z Prades i Vinça. Jojotte i Ramon zemkli do Hiszpanii. Wieści dochodzące na pustać były z dniem każdym gorsze. Rozporządzenie przybite na budynkach merostwa zakazywało mieszkańcom wychodzić wieczór na ulice z twarzą zakrytą kapuzą. Prześladowano, terroryzowano republikanów. Nadszedł zatem koniec, zgnieciono to wszystko co Jep kochał, o czem marzył w ciągu dwu lat. Ale czując się zwyciężonym, widząc, że wyjścia niema, zrezygnował. Świadomość faktu dokonanego znalazła grunt podatny w fatalistycznej, chłopskiej duszy.