Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

rzał w ramie drzwi, skąd śledził za Bepą, odstraszyła go od ponownych prób. Mały zapas chleba chwycony z kuźni w pośpiechu, w chwili ucieczki wyczerpał się bardzo szybko. Żywił się więc przez kilka dni arbuzami dziko rosnącymi i nadpsutemi oliwkami pozostawionemi pod drzewami podczas zbiórki. Znalazł je poniżej w roztoce, ale cóż to było za pożywienie dla ośmnastoletniego, zdrowego chłopca? Pewnego wieczoru, gdy żołądek wołał głośniej jak zwykle, zdecydował się zapukać do drzwi... cortalu... Dym przeciskający się przez pokrycie dachu świadczył o przygotowaniach do kolacyi. Nie wszyscy gospodarze na szczęście byli obcy. Kilku należało do dekuryi spiskowców, co maszerowała wraz z Katlarczykami tak niefortunnie na Prades. Sami oni nie zbyt się czuli bezpiecznymi, ale że żandarmi nie posunęli aż tu swych poszukiwań przeto żyli do czasu w pokoju. Ochotnie podzielili z Jepem zupę kartoflaną ze słoniną a po uczcie użyczyli mu miejsca na słomie gdzie sypiali, opierając głowy na workach ze solą, którą brali na hale dla bydła.
Od tego dnia kowalczuk poprzyjaźnił się z pasterzami. Umówiono między sobą hasła, które powtarzane kolejno przez wszystkich, miały w danym razie sygnalizować pojawienie się intruza, lub przechodnia podejrzanego. Teraz już było bezpiecznie i nic nie przeszkadzało Jepowi wylegiwać się do woli w słoneczne popołudnia pod skałami, lub ba-