Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

cała rzecz może chybić. Jojotte ziewał, był zły. Czekali już tak długo, pochodnia na Roc-Mosquit zgasła, na ulicach Prades nikło jedno światło po drugiem.
— Ej, tutaj się człek jeszcze nabawi kataru — rzekł — mnie się zdaje, że lepiej by nam było w kawiarni Moularda. Wazka gorącego ponczyku dobrzeby zrobiła. Łatwiej przy tem czekać.
Wniosek został przyjęty. Oddział ruszył, ale nie spieszono się już, nie krzyczano. Ludzie szli raczej oględnie, ostrożnie... niż po wojskowemu. Niektórzy przemykali się popod garbarnie usadowione wzdłuż kanału, zagłębiali w sieć wąskich uliczek otaczających... Reravall... plac targowy.
Nikogo na ulicach, nikogo na placu. Kawiarnia Moularda z zamkniętemi okiennicami, spała słodko jak zresztą i całe miasto. Cóż to znaczy? Niema powstańców w kawiarni? Więc niema właściwie powstania! A jednak sygnałowy ogień zapalono na umówionem miejscu. Z Ria i z Marquixannes powinni go byli nasi równie widzieć jak my z Comes i Katlaru! Czemuż tedy nie stawili się?
Niepewni przyjęcia, bojąc się zasadzki, spiskowcy nie śmieli pukać do drzwi. Otwarły się jednak niebawem same i ukazała się głowa cukiernika. Obywatel Moulard spał czujnie. Wyskoczył z łóżka przy pierwszym szeleście. Tłumaczył. Zdrajca zapalił ogień sygnałowy... przyszedł rozkaz przeciwny od przywódców. Rewolucya w Paryżu zgnie-