Strona:Elwira Korotyńska - Ach! Być cyganem!.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 15 —

STARA CYGANKA. Daj mu parę batów, a pójdzie! Co tu gadanie pomoże?
CYGAN. Na tem się skończy... ciekaw tylko jestem, co on nam jeszcze powie?
JUREK. Panie wodzu! wszystko robiłem bez skargi: dźwigałem wodę, rozpalałem ognisko, bawiłem dziecko... Ciężko mi to było, bom słaby chłopiec i do pracy nieprzyzwyczajony... ale kraść nie jestem w stanie... to wina ciężka, to sprzeciwia się memu honorowi... to wstyd i krzywda ludzka...
Zabijcie mnie, a kraść nie będę! (widać skradających się ku cyganom Zdzisia, Ojca Jurka i Sołtysa z blachą żółtą na piersiach).
OJCIEC (pocichu). Nie pokazujmy się jeszcze — niech kończy mówić!
JUREK. A najlepiej puśćcie mnie do mych ukochanych rodziców...
CYGAN. Ani myśl o tem! No, idziesz, czy nie? (podchodzi do niego z batem).
JUREK Nigdy! (widząc, ze cygan za nim chce biec — ucieka i wpada w objęcia ojca).
Ach! ojcze, mój ukochany ojcze!
OJCIEC. No, i cóż? dobrze ci u cyganów? Nie przyszedłem ciebie odbierać, bo i poco? Jak ci tu lepiej niż w domu — zostań!
JUREK (pada ojcu do nóg). Zabierz mię stąd ojcze! Kraść mi każą... Pracuję nad siły — swobody żadnej!...
OJCIEC. A widzisz! Nie wierzyłeś nam, te-