Strona:Eliza Orzeszkowa - Stare obrazki.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Usnął i śpi tak długo...
— Nad sprawami państwa w cichości rozmyśla...
— Samotnie duma o wysokich zagadnieniach natury, wiedzy, ludzkości...
Dwunastą, ostatnią godzinę dnia, wnet oznajmić miały wodne zegary miasta. Metnie oświetlone i pogrążone w ciszy przedsienia, portyki i sale palatium, miarowym i głośnym krokiem przebywał człowiek, od głowy do stóp okryty błyszczącą zbroją. Był to dowódca pretoryańskich straży. Ten czekać nie mógł. Z piérwszą minutą piérwszéj godziny nocy wszystkiému wojsku przebywającemu w Rzymie, musiał on dać z ust wodza wodzów, Imperatora, wzięte wojskowe hasło. Jego w téj porze od cesarskiéj komnaty oddalić nikt na ziemi prawa nie posiadał. Violus téż na widok nadchodzącego poskoczył z ziemi i, za oponą zniknąwszy, zwinny jak wiewiórka, z drabinki przenosząc się na drabinkę, u stropu cesarskiéj pracowni zapalił jarzące się światła lamp. Pod światłem lamp, Pretoryanin stał chwilę w swéj bronzowéj zbroi, do posągu rycerza podobny. Takim, jak teraz, nie widział nigdy Imperatora. Ramieniem wsparty o poręcz krzesła, patrzał on w twarz Fortuny, a po obliczu jego okrytém bladością marmuru, mknęły wzgardliwe błyski urągania. W moc bogini, złote kwiaty i kłosy do stóp mu sypiącéj nie wierzył.