Strona:Eliza Orzeszkowa - Stare obrazki.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przez tych, których kochał. Spokojnym jednak był głos jego, gdy odrzekł:
— Lud błądzi przez nieświadomość, a tyś okazał się kochającym i prawym. Nie gniewają mię obelgi ciemnych, a twoja miłość i prawość raduje.
— Gmin tedy jest gliną, gnijącą w ciemności, a oświeceni marmurem, przekutym w arcydzieła piękna — dłońmi takich jak ty Praksytelseów. Dobrze. Lecz ja ci mówię, że gdyby każdy z obłudnych pocałunków, któremi cię darzą oświeceni, wysysał tylko po jednym atomie twego ciała, już-byś oddawna nagim szkieletem sterczał. Czy ciemnym i nieświadomym jest Awidiusz Kassyusz?
— Chlubą Rzymu ten jest, Lucyuszu i nazywam go swoim bratem. Jemu to powierzyłem czoło rzymskiego wojska i strzeżenie od Azyatów granic ojczyzny.
W cichéj komnacie zadzwonił ostry, długi śmiech. Zaostrzyły się także delikatne rysy Lucyusza; jak z niecierpliwione dziecko trząsł długiemi włosy, z których spadały fiołki, a stopą, zdobną w złoto i perły, deptał cesarski podnóżek. Z pod haftów sukni wyjął niewielką szmatkę pergaminu. Pieczęć w niéj była złamana z widocznemi ślady porwanego sznuru. List to był, noszący na sobie znaki podróży długiéj.
— Jam płochy, dziecko, które nigdy nie dorasta, hulaka pustym igraszkom oddany! Jednak