Strona:Eliza Orzeszkowa - Na dnie sumienia T. 1.djvu/525

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Umilkł nagle i wyprostował się, Monilka zadrżała całem ciałem — bo dzwonek w sieni zadźwięczał gwałtownie, poczem drzwi zatrzasły się pod kilku mocnemi i jak się zdawało rozkazującemi uderzeniami. — Co to jest? — krzyknęła, i zerwała się z krzesła.
Kazimierz nie odpowiedział. W myśli jego powstał straszliwy domysł; on wiedział kto i w jakim wypadku zwykł w podobny sposób dobijać się do domów. Wstał i chciał iść ku drzwiom, ale Monilka uprzedziła go. Zdawało się, że trwożnem zdjęta przeczuciem, pragnęła sobą zasłonić ukochanego przed niebezpieczeństwem, którego nie rozumiała. Jednym poskokiem była już za progiem pokoju, ale zaledwie otworzyła drzwi od podwórza, z krzykiem przerażenia cofnęła się w głąb siemi; ujrzała bowiem przed sobą kilku ludzi, a po ubiorach ich i różnych znamionach jakie nosili na sobie, poznała kim byli.
Ludzie ci szorstkiemi głosami pytali wchodząc o ojca jej i narzeczonego.
W pół godziny potem w szczupłem mieszkaniu starego kancelisty cicho było jak w grobie. Lampa paląca się w środkowym pokoju wązkiemi smugami światła przenikała do dwóch izb przyległych, ukazując powysuwane szuflady biurka i komód, w nieładzie porozrzucane na podłodze rozmaite służące do codziennego użytku mieszkańców, przedmioty.