Strona:Eliza Orzeszkowa-Nad Niemnem (1938) tom III.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Zresztą, macie u mnie swoją sumkę, którą Justysi częściami tylko będę mógł spłacać...
Orzelski chciwie tych słów wysłuchał i uspokoił się znacznie.
— Ale widzi pan dobrodziej, zawsze to jakoś nie te... aby panienka taki mezalians robiła...
Benedykt zamyślił się na chwilę.
— Mój kochany panie — odpowiedział — przypomnij sobie swoją własną młodość... Może też Justynka szczęśliwszą będzie w tym mezaliansie, niż moja cioteczna siostra była w małżeństwie z panem... zupełnie przecież stosownym.
Orzelski usta trochę otworzył, zmieszał się. Jakieś przypomnienie ugodziło weń i trochę nim wstrząsnęło.
— Serce, panie dobrodzieju... — zaczął — serce nie... te... jeżeli z mojej strony były jakie te... to przez te...
— No — przerwał Benedykt — o przeszłości nie ma co mówić, a o przyszłość swoją bądź pan spokojny. Idź na górę, graj sonatki i serenadki, a Marta ci tam zaraz śniadanie pośle...
Pomyślał chwilę, na smyczek swój spojrzał.
— Kiedy tak — zaczął — to niech już sobie Justynka te... ale zawsze to nie wypada, aby panienka za jakiegoś te... te... nie wypada... nie wypada!
Głową kołysząc i wyraz ostatni powtarzając zupełnie już jednak uspokojony odszedł. Benedykt długo jeszcze rozmawiał z Martą i z Witoldem, który Kirłową i jej gromadkę do bryczki wsadziwszy i pożegnawszy śpiesznie do ojca przybiegł. Potem w sali jadalnej nakrywanie do stołu usłyszawszy Marty poprosił, aby o parę godzin podanie obiadu powstrzymała, a Witoldowi Justynę zawołać kazał.
Nadbiegła zarumieniona, niespokojna. Sprzeczki i poróżnienia z wujem lękała się.
— Chodź! — rzekł do niej Benedykt, kapelusz słomiany na głowę włożył i ramię jej podał.